Madryt, ach ten Madryt. Szczerze powiedziawszy, nie byłam przekonana do tego miasta, cóż, następna stolica. Ale jakże się myliłam….. Po przylocie, zaskoczyło mnie to, że ludzie są tak pięknie i kolorowo ubrani, ta społeczność z pewnością wyróżnia się spośród innych tym, że ma gust i jest dobrze ubrana. Ale nie ma się co dziwić, w końcu to ojczyzna Zary i Mango:)
Madryt przywitał nas piękną i słoneczną pogodą:) Najpierw udaliśmy się do Oli i Gosi, naszych znajomych, u których mieliśmy zamiar nocować. Tam zostaliśmy poinstruowani co zwiedzić i wyposażeni w przewodnik i mapę wyruszyliśmy, aby podziwiać uroki tego miejsca.
Madryt jest piękny, tego nie da się ukryć. Jest najpiękniejszym miastem spośród wszystkich, które odwiedziliśmy. Jest w nim pełno parków. My także udaliśmy się do parku znajdującego się koło Banco de Espanha o powierzchni 120 hektarów. Ludzie tam odpoczywają, spotykają się z przyjaciółmi, biegają, jeżdżą na rowerach, czytają książki, wiosłują na małym jeziorku i korzystają z życia:)
Wieczorem, Ola i Gosia chciały nam pokazać jak imprezują i co jedzą Hiszpanie. Zabrały nas do tradycyjnej małej knajpki, gdzie udało się nam znaleźć miejsce do siedzenia. Co nas zaskoczyło, to to, że Hiszpanie zwykle jedzą na stojąco, lubią tłoczne miejsca, gdzie stoją, rozmawiają i jedzą jednocześnie, a resztki jedzenia, czy zużyte serwetki rzucają pod nogi (tak mają w zwyczaju). W knajpce zjedliśmy ogromną kanapkę z mięsem, zielone papryczki w oliwie(pyszne!), tradycyjny ser z konfiturą, a także beszamel zasmażany w panierce. Oczywiście wszystko było baaaardzo tłuste, ale i baaaaaaaardzo smaczne. Dziwimy się jak Hiszpanie mogą, aż tyle zjeść (bo wiemy, że jedzą dużo i tłusto) i być tacy szczupli:)
Następnie udaliśmy się na piwo. Co ciekawe, w Hiszpanii do piwa dostaje się coś do jedzenia (tzw. tapasy). Za 2 euro można dostać piwo i kanapkę, a to naprawdę duża za niewielką kwotę. Niestety Madryt jest stolicą niezwykle drogą….. Na szczęście nasze kompanki pokazały nam miejsca na studencką kieszeń:)
W drugim dniu naszego pobytu w Madrycie, postanowiliśmy zwiedzić Muzeum Prado, gdzie znajdują się eksponaty takich artystów jak: Rubens, Velázquez, Goya, El Greco, Ribera, Rembrant. Mnie osobiście najbardziej podobały się „rubensowskie kształty”:)
Po muzeum, pojechaliśmy metrem na Plaza de Oriente, z którego przemieściliśmy się do Palacio Real, gdzie tamtego dnia można było wejść bezpłatnie. Ciekawostką jest to, że w tym pałacu odbywała się polska wystawa, której perełką była Dama z Łasiczką:)
Upał był niezmierny, ale Ola jako punkt honoru postanowiła nam pokazać cały Madryt. Zwiedziliśmy najstarszą budowlę w Madrycie – egipską świątynię, która została przekazana jako dar za pomoc Hiszpaniu w ratowaniu zabytków w Egipcie. Byliśmy na moście samobójców i Puerta del Sol – jest to centralny plac w Madrycie, punkt zero, od którego odchodzą wszystkie drogi, a także gdzie swoje obozowisko posiadają strajkujący studenci. Zrobiliśmy sobie także zdjęcie z niedźwiadkiem, symbolem Madrytu:) I po drodze odwiedziliśmy jeszcze mnóstwo innych miejsc, których nie sposób tu wszystkich wypisać:)
Dzień zakończyliśmy w tradycyjnym hiszpańskim barze, gdzie kelner decyduje o tym, co dostaniesz do piwa. W naszym wypadku tapasami były tosty, kanapki z różnościami, zapiekane ziemniaczki i skrzydełka:)
Następnego dnia mieliśmy niestety lot powrotny do Portugalii. Zdążyliśmy jedynie zjeść kanapkę z tradycyjną szynką i serem, kupić obowiązkowo magnesy, a także pójść ostatni raz na Sol, skąd wyruszyliśmy metrem na lotnisko.















